Miałam świetny sen, nie mogę przestać o nim myśleć. Śniło mi się, że znalazłam książkę własnego autorstwa o tym, jak podróżować w czasie. Za jej pomocą odnalazłam wehikuł czasu i przeniosłam się w czasie do XVI wieku Kolonii w Galaktyce A6 (tysiące lat naprzód). Pamiętam, że kiedy znalazłam się na tej planecie, której niebo było usiane niesamowitymi księżycami, najbardziej bałam się spotkania ludzi z przyszłości, tego, że będą zupełnie inni ode mnie, niezrozumiali, nie będę mogła za niczym nadążyć i szybko zorientują się, że mają intruza z przeszłości. Potem jednak mi przeszło, bo ludzie z przyszłości odziali mnie w ładne sukienki i zaprowadzili na niesamowite tarasy widokowe z widokiem na piękne, lśniące miasto. Nad głowami latały bezszelestnie jakieś pojazdy, słychać było ciche cykanie jakichś owadów, a na talerzach mieli podejrzane rzeczy, których jednak musiałam spróbować, mając nadzieję, że mój żołądek to przeżyje. No i że ja to przeżyję. Co mogłaby mnie jeszcze zabić? Choroby. Obyczaje. Ale tam nie było chorób. I było tam zajebiście pięknie. Potem przeskoczyłam jeszcze kilka razy w czasie, poszukując jeszcze większych cudów, potem wypadłam z tunelu czasoprzestrzennego i zobaczyłam, jak oddala się wszechświat, jak galaktyki maleją na moich oczach, nikną. Byłam jakimś niebytem, poza wszechświatem, nie, poza wszechświatami właściwie, bo tych kulistych wszechświatów było więcej. Te nadwszechświaty również układały się w jakiś wzór, a potem było jeszcze coś i jeszcze coś… Nagle wylądowałam kurna wśród dinozaurów. Pierwsze, co zobaczyłam, to pikującego ku mnie pterodaktyla. No i miałam przekichane. Wehikuł czasu zawsze psuje się w najbardziej przejebanym świecie. #sen #sny #kosmos #wszechswiat